homemailmap
kanonierzy

Czar 'The Invincibles'

24.10.2009; 06:17 / Krzysztof Mierkiewicz

-W niedzielę 24 października 2004 roku - dokładnie 5 lat temu - po przegranej 0-2 z United na Old Trafford, licznik dni, w czasie których drużyna Arsenalu była niepokonana w lidze, zatrzymał się na podziwu godnej liczbie 536. Przez ponad rok i pięć miesięcy zespół prowadzony przez Arsene’a Wengera nie doznał porażki na ligowych boiskach. Przez 76 tygodni piłkarski świat zastanawiał się, czy istnieje ekipa zdolna zatrzymać The Invincibles - zwyciężyć Niezwyciężonych.

Podczas gdy inni zachodzili w głowę i analizowali fenomen podopiecznych Wengera, my - Fani - wprost pękaliśmy z dumy, mając świadomość, że na naszych oczach Vieira i spółka wprowadzają już na zawsze Klub do historii futbolu.

Chciałbym tym tekstem złożyć hołd piłkarzom tamtych czasów i przypomnieć Nam wszystkim, kim tak naprawdę oni byli - bo z pewnością czymś więcej niż tylko zespołem, którego nie sposób było pokonać… Dla mnie Invincibles po dziś dzień stanowią kwintesencję tego, za co kocham i samą piłkę, i tę Drużynę. Nie mam jednak na myśli wyłącznie pięknego i zwycięskiego stylu gry, ale to poczucie integralności całego składu, tę bezgraniczną wiarę, że „razem możemy wszystko”, że Zwyciężymy dzięki Jedności - bo tak przecież brzmi łacińskie motto Arsenalu – Victoria Concordia Crescit. Arsenal AD 2003/2004 z pewnością miał w sobie coś niezwykłego – coś, co śmiało można nazwać Czarem Invincibles.

Początek…

7 maja 2003 roku na Highbury Kanonierzy pokonali drużynę Southampton aż 6-1, by 4 dni później wygrać wyjazdowe spotkanie z Sunderlandem 4-0. Mecze te były ostatnimi w sezonie 2002/2003, który Arsenalu ukończył na 2. miejscu w tabeli. Jak na ironię, w 2002 roku Arsene Wenger oświadczył, że jego skład jest w stanie zwyciężyć w lidze nie doznając porażki i tym samym spełnić jeden z trenerskich celów Francuza.

Niepowodzenie sprawiło, że deklarację i samą osobę Bossa zaczęto traktować mało poważnie, a ideę niepokonanego Mistrza angielskiej ekstraklasy odłożono na półkę należną mrzonkom i czczym życzeniom, choć ta sztuka udała się już zespołowi Preston North End, ale miało to miejsce w sezonie 1888/1889, a zatem w zamierzchłych – jak na piłkarskie realia – czasach. W dodatku, wtedy w lidze rozgrywało się zaledwie 22 mecze.

W poprzedzającym nowy sezon okienku transferowym Klub nie pokusił się o żadne pokaźniejsze wzmocnienie, sprowadzając jedynie 33-letniego Jensa Lehmanna z Borussii Dortmund. Ale to właśnie wówczas na Highbury trafili m. in. Fabregas, Clichy i Senderos - a przede wszystkim bardzo ważnym posunięciem okazało się podpisanie nowych kontraktów z Francuzami: Piresem i Vieirą.

Po niespełna trzech miesiącach przerwy Premier League znowu ruszyła, a emocje kibiców na nowo rozpaliła perspektywa walki o tytuł, którą tradycyjnie miały toczyć drużyny Arsenalu i Manchesteru United. Inauguracja sezonu miała miejsce 16 sierpnia na Highbury. The Gunners pewnie pokonali Everton i rozpoczęli marsz po ligowy triumf. Nic jednak nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć w najbliższych miesiącach...

Pozwólcie, że tekst okraszę filmami, które pokazują piłkarski kunszt tamtej drużyny, pozwalają przyjrzeć się każdemu trafieniu, wysłuchać bohaterów tej historii i osoby związane z Klubem, no i oczywiście, poczuć ten Czar. Zachęcam Was do obejrzenia wszystkich filmów składających się na tę serię.



Miesiąc prawdy…

Po pierwszych pięciu spotkaniach Arsenal pewnie przewodził w lidze, ale przed Klubem z Highbury stało nie lada wyzwanie – na przyjazd Kanonierów czekały Czerwone Diabły i Liverpool, a do Londynu miało zawitać, trzecie w minionym sezonie, Newcastle United Także mającego nastąpić nieco później derbowego z Chelsea nie można było zaliczać do łatwych - tym bardziej, że w czerwcu 2003 roku na Stamford Bridge zawitał Roman Abramowicz, a kasa The Blues zasilona została 100 milionami funtów, niezwłocznie wydanymi na transfery.

Wielu kibiców i ekspertów było zgodnych, co do tego, że niepodobnym będzie wyjść z tych wszystkich starć bez porażki. Tym bardziej, że pierwszy z meczów miał być rozegrany w Teatrze Marzeń przeciwko aktualnemu Mistrzowi Anglii.

Gdy przy stanie 0-0, holenderski napastnik United - Ruud van Nistelrooy, ustawił piłkę na 11. metrze i przygotowywał się do wykonania rzutu karnego, obawy zdawały się urzeczywistniać – przegrana The Gunners miała stać się faktem. Jednak ówczesny najlepszy strzelec Diabłów z całych sił huknął w poprzeczkę i Arsenalowi udało się wywieźć 1 punkt - a co ważniejsze, zaliczyć 8 mecz bez porażki.

Spotkania, które miały miejsce później, były przepełnione emocjami
i nagłymi zwrotami akcji. Z pewnością niejeden fan Kanonierów przypłacił te 270 minut walki z Newcastle, Liverpoolem i Chelsea sporym uszczerbkiem na zdrowiu, wystawiając oddane Klubowi serca na ciężką próbę. Ale opłaciło się - Arsenal wygrywał kolejno: 3-2, 2-1 i 2-1.

Podopieczni Wengera przetrwali okres próby, wychodząc zwycięsko z następujących po sobie konfrontacji z najpoważniejszymi rywalami. Faktem stało się to, iż ten skład ma potencjał, by dokonać rzeczy niebywałej - ale równocześnie wiadomo było, potrzebny jest do tego tytaniczny wysiłek. Ale i to można było zniweczyć poprzez choćby i kilkusekundową utratę koncentracji.

Tytułu nie zdobywa się wygrywając z najlepszymi…

…a grając konsekwentnie przeciwko ligowym średniakom i outsiderom. To powiedzenie związane jest z piłką od długiego czasu i trudno się z nim nie zgodzić. Prawdziwych mistrzów poznaje się bowiem nie tylko po tym, jak wygrywają wielkie mecze, koncentrując się na pojedynkach z wymagającym rywalem - ale także po tym, że nie są chimeryczni i nie przechodzą obok spotkań na kameralnych stadionach, gdy zainteresowanie mediów jest mniejsze.

Taki właśnie był Arsenal w sezonie 2003-2004. Niezależnie, czy takim piłkarzom jak Henry, Bergkamp, Pires, Wiltord, Ashley Cole, Ljungberg przyszło mierzyć się z ekipą Leicester, Leeds bądź Wolverhampton, czy też czuć presję wyniku i ogłuszający doping kibiców przeciwnika na Old Trafford, Anfield Road, czy Stamford Bridge zawsze mogliśmy być pewni, że nie zawiodą, że dadzą z siebie wszystko.

Pires i Ljungberg bez wytchnienia biegali wzdłuż linii bocznych, nie pozwalając defensorom przeciwników chociaż na chwilę spokoju. Środek pola w niemal każdym meczu był zdominowany przez Vieirę i Gilberto Silvę. O jakości defensywy stanowili dwaj środkowi – Campbell i Toure, a także Ashley Cole i Lauren. Bramki natomiast bronił Jens Lehmann. Zgodnie z koncepcją francuskiego szkoleniowca Kanonierów, za ofensywę odpowiadała niemal cała drużyna, ale podstawową parę napastników stanowili Henry i Bergkamp. To właśnie ci wszyscy zawodnicy (ale także ich świetni i zawsze gotowi dać z siebie wszystko zmiennicy) sprawili, że pod koniec marca 2004 roku - po rozegraniu 30 spotkań ligowych - The Gunners mieli na koncie 58 bramek strzelonych i zaledwie 20 straconych.

Jednak wtedy - w pierwszych dniach kwietnia - przyszły dni, które zasiały we wszystkich kibicach Klubu z Highbury ziarno niepokoju odnośnie spełnienia ich pięknego snu: snu o niepokonanym Arsenalu.


Pucharowa próba charakteru…

3 kwietnia na Villa Park – obiekcie The Villans - miał miejsce półfinałowy pojedynek w ramach FA Cup. Na drodze Kanonierów stanął nie kto inny, jak Manchester United. Ten mecz miał przybliżyć Arsenal do Potrójnej Korony, a w dodatku dać im rekordowy, czwarty z rzędu, awans do finału najstarszych pucharowych rozgrywek na świecie. Niestety, dominacji na boisku nie udało się zamienić na bramki, a w 32. minucie Paul Scholes pokonał Lehmanna, ustalając wynik spotkania. Marzenia o The Treble rozpłynęły się w powietrzu, a sama drużyna wyglądała na wyraźnie zdruzgotaną. Jak miało się jednak niebawem okazać, piłkarzy Wengera czekała kolejna próba charakteru i woli walki.

W 3 dni po porażce w Pucharze Anglii na Highbury przyjechał lokalny rywal – Chelsea. Derby stolicy miały zostać rozegrane w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Lepszej okazji, by zapomnieć o goryczy porażki z United, nie można było chyba sobie wyobrazić. Gdy tuż przed przerwą Reyes dał prowadzenie gospodarzom, fani na Highbury myśleli już na pewno o półfinale Pucharu Europy. Jednak i tym razem zwycięstwo wymknęło się z rąk. Lampard i Bridge przechylili szalę zwycięstwa na niebieską stronę Londynu. Arsenal przegrał 1-2 i wydawało się, że nie ma drużyny, która byłby w stanie podnieść się po tak mocnych ciosach, otrzymanych w przeciągu 3 dni od największych rywali. „Z nieba do piekła…” - podobne słowa z pewnością zagościły na ustach wielu fanów.

Obrazu klęski dopełniał fakt, że The Gunners odpadli wcześniej z Pucharu Ligi [1-2 z Middlesbrough], a także przegrali spotkanie o Tarczę Dobroczynności [3-4 z… Man Utd(sic!) po rzutach karnych].

Pucharowy koszmar stał się faktem, ale każdy związany z Klubem powtarzał, że nie wszystko stracone, że Arsenal nadal nie przegrał w Premier League, że nie można się poddawać.

Jedyny taki Puchar!

Żaden piłkarz ówczesnego Arsenalu nie miał zamiaru odpuścić w tak ważnym momencie! To najdobitniej świadczy o ich wielkości i wyjątkowości. Pucharowa gehenna nie złamała karku Vieiry i kolegów, Boss nie pogrążył się w rozpaczy, kibice na Highbury nie ucichli – działał Czar The Invincibles.

W niespełna 72 godziny po przekreśleniu szans na triumf w jakimkolwiek pucharze, Thierry Henry objawił swoją wielkość – strzelił 3 bramki, goszczącemu przy Avenell Road, Liverpoolowi. Kanonierzy pokonali The Reds 4-2, w tydzień później roznieśli Leeds United aż 5-0 i pewnym było, że wrócili na właściwe tory. Kryzys został zażegnany, sportowa złość wzięła górę na rozpamiętywaniem porażek.

Choć marzenie o bezprecedensowym triumfie zdawało się być na wyciągnięcie ręki, to emocje bynajmniej nie malały - a wręcz przeciwnie. Każdy zdawał sobie sprawę, że najtrudniej będzie utrzymać koncentrację na finiszu, gdy cel, który kilka miesięcy temu wydawał się marzeniem, stawał się namacalny.

Stało się, przyszedł ostatni mecz. Na wypełnione kibicami Arsenalu Highbury przyjechało – skazane już na spadek do Championship – Leicester City. Lisy nie miały nic do stracenia i grały bez kompleksów, natomiast Kanonierzy mieli świadomość, że o ich być albo nie być na zawsze zapamiętanym zadecyduje najbliższych 90 minut. W 26. minucie goście zdobyli bramkę i wyszli na prowadzenie, trybuny zamarły. Po przerwie z rzutu karnego trafił, nie kto inny, jak Henry, a zwycięstwo, jak przystało na kapitana, dał Arsenalowi Patrick Vieira.

Sezon dobiegł więc końca... Bilans meczów Arsenalu wyniósł 26 zwycięstw i 12 remisów! Kanonierzy zdobyli 90 punktów, strzelając rywalom 73 bramki. Thierry Henry został królem strzelców z 30 trafieniami na koncie. Nie przegraliśmy ani jednego spotkania, dokonując rzeczy teoretycznie niemożliwej.

Angielska Federacja nie pozostała obojętna wobec tego historycznego dokonania i przygotowała wyjątkową, bo pozłacaną, wersję Pucharu. Patrick Vieira wzniósł go nad głowę przy ogłuszającej wrzawie sympatyków – rozpoczęła się eksplozja radości. Był 15 dzień maja 2004 roku… Cały piłkarski świat długo pozostawał pod wrażeniem, bowiem czegoś takiego nie osiągnął jeszcze nikt.

Zapraszam do obejrzenia tego momentu, bez wątpienia jednego z najświetniejszych w całej historii Klubu (wręczenie Pucharu od 4. min. filmu):



A oto ci, dzięki którym ziścił się Czar - ci, którzy już na zawsze pozostaną na kartach piłkarskich kronik. Oto The Invincibles:




To jeszcze nie koniec…

Rozpoczął się nowy sezon, licznik wciąż bił, a Arsenal nadal był niepokonany. Nie stanowiło niespodzianki, iż Kanonierzy byli faworytami w wyścigu po Mistrzostwo. Jednak w Londynie, dzięki ogromnym nakładom finansowym ze strony nowego właściciela, powstał zespół, z którego siłą należało się liczyć. Niezmiennie niebezpieczny pozostawał także długoletni rywal Arsenalu – Manchester United.

W pierwszych 9 spotkaniach nowego sezonu The Gunners strzelili aż 29 bramek, powiększając liczbę meczów bez porażki do 49. Wydawało się, że Arsene Wenger stworzył zespół, który będzie wygrywał już zawsze. Wtedy jednak przyszedł - wspomniany we wstępie - wyjazd na Old Trafford. Mimo tej porażki i przerwania passy, Arsenalowi udało się zająć 2. miejsce w lidze, natomiast bezkonkurencyjna okazała się Chelsea, sięgając po Puchar drugi raz w swojej historii.

Arsenal od zawsze zajmował miejsce w czołówce zarówno Premier League, jak i całej światowej piłki, a dokonania drużyny Wengera z lat 2003-2004 powinny być znane każdemu szanującemu się kibicowi piłkarskiemu. Wszyscy fani Klubu z północnego Londynu wręcz muszą znać Ich - Niezwyciężonych - historię oraz mieć świadomość tego, że Victoria Concordia Crescit nie jest tylko pustym sloganem.

Myślę, że nie minę się zbytnio z prawdą pisząc, iż większość z nas wciąż żywi nadzieję, że dzisiejszy Arsenal powtórzy wyczyn sprzed 5 lat – że marzenia o Young Invincibles mogą się ziścić, że magia Bossa znowu powróci...

Żadna drużyna nie sięgnęła jeszcze po europejskie puchary, będąc niezwyciężoną przez cały sezon …

Tych z Was, którzy nie mają jeszcze w swoich zbiorach zapisu tamtych spotkań, bramek i akcji, zapraszam do odwiedzenia specjalnego, poświęconego Invincibles działu archiwum strony Kanonierzy.com.



zobacz aktualności na temat:
oceń tego newsa:
Tylko dla zarejestrowanych i niezablokowanych użytkowników serwisu!

-Zobacz także:
-Wenger: Fabregas nigdzie się nie wybiera
/ 01.08.2010; 00:06
-Wenger: Nowe zasady to katastrofa
Arsenal.com / 31.07.2010; 15:49
-Wenger: Cesc musi pokazać, że jest zwycięzcą
Arsenal.com / 31.07.2010; 11:18
-Skomentuj artykuł:

Tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu!

-Komentarze użytkowników (89):
-
wschowiak; zawieszony komentarzy: 1597 newsów: 0
09.11.2009; 13:19
świetny artykuł .. to tylko świadczy o doskonałej pracy Wengera ..!!! Oby jak najdłużej......
-
havoc; użytkownik komentarzy: 83 newsów: 0
08.11.2009; 22:29
Bossman masz racje, dla mnie jeszcze kilka lat temu "jedynym źródłem wiedzy o PL były przegląd sportowy i miesięcznik Pilka Nozna", telegazeta i kumpel który miał canal+ ale absolutnie nie interesował się sportem. Pamiętam związane z tym zabawne zdarzenie, wspomniany powyżej kolega nagrywał mi mecze na kasety video, które z kolei oglądałem u drugiego kolegi ;) Jakież było moje zdziwienie gdy podczas oglądania meczu z bodajże Blackburn jeszcze w I połowie zgasło światło i mecz trzeba było powtórzyć, a ja musiałem obejść się smakiem...
a propos przeglądu sportowego to pamiętam jak w każdy poniedziałek z drżącymi rękoma sprawdzałem wyniki Arsenalu...
to były romantyczne czasy
pozdrawiam wszystkich kibiców theGunners (ja kibicuje już pól życia, czyli 16 lat)
-
arsenallord; użytkownik komentarzy: 675 newsów: 0
30.10.2009; 22:27
fajny artykul
-
pkArs; użytkownik komentarzy: 194 newsów: 0
26.10.2009; 21:00
oby te czasy znów powróciły;) jeszcze tylko lepszy bramkarz:D i więcej determinacji;p a na pewno się uda;)
-
zogi; zawieszony komentarzy: 143 newsów: 0
26.10.2009; 19:32
lon1502-To jest piosenka instrumental,już ją mam
-
Bossman; użytkownik komentarzy: 669 newsów: 0
26.10.2009; 17:18
Cos pieknego,wychowywalem sie na kwadracie chwały henry bergkamp viera pires, pozniej ljunberg,gilberto. Ale powiem szczerze ze teraz,od wygrania z totenhamem,pobijemy nowy rekord,nie tylko ligowy,ale takze w pucharach,siegniemy po mistrza,kraju,ligi i wszystkiego co mozliwe.
IN ARSENE WE TRUST,jak zwyklo powiadac starsze pokolenie kanonierów,ktorych jedynym zrodlem wiedzy o PL byly przeglad sportowy i miesiecznk Pilka Nozna. Piekny numer to 49. 7*7. zawsze gralem z<najpierw z 20 jak boniek xD,poki nasi nie nabili takiego rekordu> 49 na boisku ;). Plakac mi sie chce xD
-
stefcio15; użytkownik komentarzy: 4839 newsów: 0
26.10.2009; 17:07
Galon swietnie to ujales , obecny sklad nie pokazuje walki , nasi budza sie ewentualnie , za przeproszeniem kiedy im sie kolo dupy zapali i przegrywaja , ale przy prowadzeniu 1,2-0 staramy sie bronic bramki i liczyc na kontrataki , my nie jestesmy sredniakiem ktory stara sie bronic wyniku:/ A czasami tak gramy...
-
IronHide_AFC; użytkownik komentarzy: 1581 newsów: 0
26.10.2009; 16:49
dopiero wczoraj znalazłem film Arsenal 49 a szukałem z 3 dni [700mb] ale było warto szukać
-
Kubi; użytkownik komentarzy: 465 newsów: 0
26.10.2009; 16:18
No i teraz 3 okazja na udowodnienie, że są mężczyznami została zmarnowana :/ Wciąż nie mogę przeboleć, że Wenger nie sprowadził żadnego DM...
-
lon1502; użytkownik komentarzy: 132 newsów: 0
26.10.2009; 15:44
zogi--> Mam tę zapowiedź na dysku, jednak nie mam pojecia co leci w tle. Pewnie dlatego, że to nie jest piosenka- tam nie ma żadnego tekstu;)



strona główna|regulamin serwisu|reklama|współpraca|kontakt|Typer|Wyniki na zywo
Copyright © 2006-2010 by Kanonierzy.com   All Rights Reserved